Skip to content

Sobotnie rozmemłanie, czyli rzecz o ciuchach „po domu”

Jak same możecie obserwować, mój projekt Capsule Wardrobe składa się z sześciu dni. Ten brakujący – siódmy pozwalam sobie spędzać w ubraniach z kategorii „domowe”.

We wszystkich poradnikach o stylu, autorzy zachęcają do pozbycia się ubrań „po domu”. Grzmią, by wyeliminować całkiem tą kategorie ze swojej szafy. Ale kiedy nie da się tego zrobić? Ba! Kiedy masz w swojej szafie ciuchy po domu, ale podzielone na kilka mniejszych kategorii?

Sobota

Sama jestem najlepszym przykładem. Mieszkam na wsi, takiej prawdziwej, która nie jest sielska i przyjemna. Do moich obowiązków należy nie tylko sprzątnie, ale też sporo prac rolnych. Idąc za radami stylistów, kopać ziemniaki miałabym w najnowszych Hunterach, ubrana w nowy dress. Dla mnie to pieniądze wyrzucone w błoto. I to dosłownie!

Druga kategorią są rzeczy „do sprzątania”, czyli spodnie i koszulki, które są poplamione domestosem. Natomiast kolejną grupę stanowią ubrania „do zdzierania”, czyli takie, w których nie pokazuje się nawet kurierowi.

Kiedyś przyszła do mnie koleżanka, ot tak, po prostu, bez zapowiedzi. Była na spacerze z dziećmi i postanowiła wpaść. Wie, że prowadzę życie pełne przygód, a więc weekendy zawsze spędzam w domu 😉  Pierwsze, co do niej powiedziałam to:”Poczekaj, muszę się przebrać”. Siedziałam w domu w tych swoich poplamionych i dziurawych ciuchach, paradując przed bliskimi jak chodzące nieszczęście.

Wiecie jaki to paradoks, kiedy szafa „do ludzi” jest idealnie skomponowana, a jej domowa cześć to kupka nieszczęścia?

Kiedy tylko zamknęły się za nią drzwi, poszłam do swojej półki w której trzymam stare ciuchy i wyrzuciłam wszystko na środek pokoju. Doszłam do wniosku, że jest ona swoistym pudelkiem „Kiedyś się przyda”. Kilka ciasnych par jeansów, poplamionych podkoszulków, poprutych akrylowych swetrów. Żadnej z tych rzeczy nie lubiłam nosić w czasach ich  świetności, więc dlaczego miałabym męczyć się w nich podczas mojego wolnego dnia? Polowa z tego była mi całkowicie zbędna, co więcej całkiem zapomniana.

Wyrzuciłam więc to, co nie nadawało się do noszenia. Nad każdą rzeczą zadawałam sobie pytanie: „Gdyby ktoś mnie w tym zastał, czy musiałabym iść natychmiast się przebrać?”. Kiedy odpowiedz padała „Tak”, lądowało w koszu. W ramach testu, zostawiłam jedynie spodnie i jedna podkoszulkę, z tych gorszych. Jak możecie się domyślić, nie skorzystałam z nich ani razu.

Teraz pracuje nad tym, żeby w domu też wyglądać dobrze. Nie czuć się byle jak. Dalej mam ubrania, które nosze kiedy myję łazienkę, pracuję w polu, ale to jeden komplet, nie dwanaście 😉

Sobotnie rozmemłanie

Ostatnio kupiłam sobie ładne spodnie dresowe. Nawet nie wiecie, jak to przyjemność złożyć je w sobotni poranek, takie mięciutkie i wygodne. Wyglądam dobrze, czuje się „ogarnięta”, a nie jak do tej pory totalnie rozmemłana. Ktoś wpadnie w odwiedziny? Super! Już nie muszę się przebierać :)

A jak duża jest wasza domowa część szafy?

Wspaniałego dnia!
Bloglovin Instagram Facebook




  • Catalina

    Mamy podobny tryb życia i pracy :) do niedawna moja szafa po domu była bardzo obszerna, teraz kupiłam nowe spodnie dresowe, bluzę i wyrzuciłam stertę koszulek, w których widywał mnie narzeczony, a nie pokazałabym się w nich kurierowi. Samodyscyplina jest trudna.

    • Dokładnie, zwłaszcza, że w dalszym ciągu zużywasz swoje „codzienne” ciuchy i tych „po domu” przybywa. To niekończąca się zabawa z decydowaniem co i kiedy trzeba wyrzucić :)

  • Kasia | Moja droga do minimalizmu

    Tak, mityczne ciuchy po domu. Kiedyś też miałam ich górę. Teraz nie mam prawie wcale, bo doszłam do podobnych wniosków. Oczywiście nie paraduję po domu w sukienkach koktajlowych, ale legginsy i t-shirt to całkiem neutralny zestaw :)

    • Ja też stawiam na wygodę. W końcu zrozumiałam, że nigdy nie założę tych ciasnych jeansów, które spokojnie czekały na chudszy okres :)

  • Aha no i albo długo mnie U Ciebie nie było, albo zaszły tu jakieś zmiany 😀 cudnie!

    • Na razie nic wielkiego się nie zmieniło, chyba tylko to, że podciągnęłam sie nieco w obróbce zdjęć :)

  • Marrus

    Moja bratowa, z którą razem idziemy w stronę minimalizmu zwróciła mi uwagę, że to brak szacunku dla rodziny, skoro pokazujemy im się w „dziadach”, które niegodne są oka obcego kuriera. I tak się zastanawiałyśmy, czy bardziej chodzi o to że przed swoimi jesteśmy sobą a przed innymi ciuchem kreujemy wizerunek, czy może o to, że obcych bardziej cenimy niż swoich. W sumie dalej tego nie wiem, ale od tamtego czasu mój domowy standard jest akceptowalny dla obcych (w moim pojęciu) a tym samym bez wątpienia przyjemniejszy dla oczu domowników. Bardzo pomogły mi wpisy na Ubieraj się klasycznie o tym standardzie. Skutkiem ubocznym jest stałe uczucie ogarnięcia (czy może raczej brak frustracji nieogarnięcia) i niemyślenie o ubraniu od momentu założenia go na siebie. W praktyce oznacza to, że bez wstrętu do siebie wychodzę po przysłowiowe bułki w tym w czym akurat jestem.
    Od zawsze jestem dżinsowa z upodobań, ale nie nosiłam po domu dżinsów, bo mi było ich szkoda. Nie z niewygody, bo czuję się w nich jak ryba w wodzie tylko, żeby się nie wypchały. Kupiłam więc dwie fajne pary w lumpeksie za grosze i nie żal mi ich wypychać w domu, czy poplamić w kuchni lub ogrodzie a czuję się ubrana.
    Pracuję zawodowo w dresach, sporadycznie w oficjalnym zestawie, więc domowa szafa to moja baza na codzienność i szkoda życia aby cały czas być w napięciu, że może trzeba będzie się przebrać bo wpadnie sąsiadka (ogarnięta i ubrana).

    • Hej Marrus, jak cudownie czyta się takie komentarze! Czytam go w kólo i kółko, bo skłonił mnie do solidnych przemyśleń!

      Wracając do Twoich przemyśleń, sama zastanawiam się, dlaczego koleżankę wstydzę się przywitać w dziurawych bluzach, a mamę albo babcie częstuje tym widokiem zawsze kiedy mam wolny weekend? Dlaczego
      w moim życiu są osoby, które nigdy nie widziały mnie bez makijażu i takie, przy których nie zwracam na to najmniejszej uwagi? Lenistwo? Tak, trochę. Rożnicę w wykreowanym wizerunku? Jasne! Dodałabym jeszcze do tego czynnik bycia ocenianym przez innych.

      Dlatego zaczęłam się lepiej ubierać w domu, dbać o to jak wyglądam. Z szacunku do bliskich i samej siebie. Oczywiście nie maluje się, zdarza mi się mieć nieumyte włosy, ale dbam by być najlepszą wersja domowej siebie. Zmiana ta nie została niezauważona :) Moja babcia przez kilka tygodni pytała się mnie, czy gdzieś jadę. Była przyzwyczajona do gorszej wersji mojej osoby, tzw. weekendowej 😉

      Wiesz gdzie jeszcze zaszła zmiana? W sposobie pakowania prezentów dla bliskich. Podarki dla koleżanki pakowałam w piękny papier, kupowałam kolorowe wstążeczki i kokardki. Prezenty dla bliskich wrzucałam do zwykłej torebki prezentowej. Tyle ich jest w ciągu roku: dzień matki, dzień ojca, imieniny, rocznice itd. Od ponad roku,czyli czasu kiedy zaczęłam się lepiej ubierać w domu i więcej myśleć o okazywaniu szacunku bliskim,wszystkie: małe i duże, urodzinowe i świąteczne prezenty pakuje najpiękniej jak potrafię :) Połowa radości w oczach moich bliskich to rozrywanie papieru, przecinanie wstążeczek. To śmieszne, ale prawdziwe :)

      p.s. Ja o moim minimalizmie rozmawiam z siostra, bo obie jesteśmy na taki etapie życia, kiedy nie tylko chcemy gromadzić i celebrować to co piękne, wartościowe, ale tez pozbywać się śmieci z naszego otoczenia. Cudownie, ze masz bratową z którą możesz o tym podyskutować.

      Ściskam- Natalia

      • Marrus

        Niestety najłatwiej zranić i najłatwiej zaniedbać najbliższych, w najróżniejszych dziedzinach. Dobrze, że przychodzi opamiętanie:)
        Moje dzieci patrzą na mnie póki co z zachwytem i bez oceniania ale nie chcę aby kiedyś miały w pamięci mój wizerunek w „dziadach”. Swobodnie, na luzie – tak, bez zadęcia – owszem, „niemodnie” – jak najbardziej, ale nie niechlujnie. I czego to uczy dzieci, jeśli matka paraduje w szmatach a jak sąsiadka wpadnie to leci się przebierać albo przeprasza za swój wygląd? Wcześniej czułam się ze sobą źle a teraz zaznaję dobrego samopoczucia w nowym standardzie, poniżej którego raczej bez powodu nie zejdę. Nie dla kuriera to zrobiłam ani dla sąsiadki ale oni pomogli zobaczyć w czym rzecz.

        • Oj tak, Ja też zrobiłam to dla siebie :)

  • mam jedne ładne dresy i koszulkę, w które przebieram się w weekendy, tak samo mój mąż. nie mam problemu żeby wyjść w nich do ludzi, a to, w czym zobaczy mnie kurier nie ma dla mnie żadnego znaczenia, ale to już chyba starość…;-)

    jest to też plus mieszkania w bloku w dużym mieście – nie ma większych wyzwań niż sprzątnie 😉

    • Marrus

      Skoro nie robi na Tobie wrażenia, że zobaczy Cię kurier to znaczy, że jest dobrze:) Ja sądzę, że piszemy tu o naprawdę trudnych przypadkach, o takich sztukach odzieży, które już nie zasługują na to miano:) Ładne dresy i koszulka to mój strój roboczy a w domu bywało dużo poniżej tego…

      • Marrus ma rację. Miałam naprawdę sporo rzeczy do dotarcia i zniszczenia. Głównie przez wiejskie obowiązki :) Dlatego tak bardzo lubię zimę, siedzę sobie w domu i martwię się tylko o jego czystość. Przez parę miesięcy czuje się jakbym mieszkała w mieście 😉 no prawie, aż nie zasypie nam drogi do domu 😉

  • U mnie kiedyś ta część „rzeczy po domu” była całkiem spora, wręcz można by powiedzieć że stanowiła ogromną część całości. Kiedy zaszłam w ciążę i potem przy wymianie szafy na nowy mebel robiąc porządki pozbyłam się prawie wszystkiego. „Po domu zostawiłam kilka sztuk , które są wygodne, ale nie dziurawe i poplamione, więc nie muszę biec się przebierać, kiedy ktoś wpada na kawę

    • O właśnie, ciebie teraz czeka dużo domowych chwil z Córeczka ! Fajnie, ze zadbalas o to zanim pojawi się na świecie :)

  • Ja jestem dziwna, bo nawet w sukienkach sprzątam:P Najczęściej jednak w takich sytuacjach ubeiram czarne legginsy + bluzkę na szerszych ramiączkach. Nie wstydzę się tak jak ktoś do mnie przyjdzie niezapowiedzianie.
    Ale mój mąż uwielbia przyjść do domu i przebrać się w dresy. Jednak ja pilnuje, by jego dresy zawsze były czyste i nie poplamione, mu do wszystko wisi… A jak ostatnio szare dresy usmarował farbą to myślałam, że go zastrzelę (miał inne do malowania), no więc co? Kupiłam mu na święta nową parę do chodzenia po domu, by wyglądał jak człowiek. Szare te poplamione to niech nosi jak robi jakieś rzeczy typu malowanie, wiercenie itd.;P

    • Uśmiecham się od ucha do ucha, bo mój szwagier robi to samo :) Juz pozbyłam się tych ubrań ostatniej kategorii, teraz tylko zostawiam to w czym dobrze mi się sprząta, pracuje 😉 Cały czas walcze z tym „może się kiedyś przydać”- najstarsze kłamstwo świata :)

  • Marrus

    Podziwiam Cię w ogóle, że dajesz radę z domem, polem i gospodarstwem. I jeszcze masz czas rodzinę przyjmować. Ja mam oprócz domu tylko średnio wymagający ogród a i tak czasem gonię w piętke i albo ogród zarasta albo koty z kurzu po domu latają. Dzielna jesteś!

    • Spokojnie, nie jest tak zle jak to opisałam. Człowiek sie musi nad soba poużalać. W polu pomagam mamie i jestem raczej dodatkowa para rak, ale parę razy do roku są „rolnicze wydarzenia”, ktore mobilizują cala rodzinę i praca idzie szybciej 😉 W domu mam do posprzątania tylko dwa pietra – moje i babci + rodziców. Moja siostra sprząta swoje, wiec nie ma tego dużo :) Ja zajmuje się tylko sobą, ty cala rodziną. Jesteś mamą, sercem i głową domu. To jest najważniejsze zajęcie :)

  • Dobre podejście. U mnie szykuje się przeprowadzka i wtedy zrobię porządne czystki w ciuchach po domu. Nie zamierzam już nosić za dużych dresów po rodzinie i poplamionych farbą do włosów podkoszulków.
    Z resztą najwygodniej czuję się w szlafroku 😀 ciepło i mięciutko

    • Och! Gdybym mogla chodzić caly dzień w szlafroku- moje marzenie! U mnie w domu zawsze przewija sie masa ludzi, jakies ciotki, kuzynki, te pełne dezaprobaty spojrzenia i pytanie: Co ty? Dopiero wstałaś :) Jakby chodzenie w szlafroczku mialo oznaczać, ze spie do 12- co nie ukrywam, czasami sie zdarza :)

  • Pingback: 12 PIECES 2016 | Minimalnat()

  • DOROTA

    Ja jakiś rok temu doszłam do podobnych wniosków, zaczęłam pozbywać się ciuchów. I co lepsze, „większe” porządki w szafie robiłam prawie co miesiąc i za każdym razem pozbywałam się po parę reklamówek ciuchów… część bo beznadziejna, bo od kogoś dostałam i wkładałam do szafy bo może mi się przyda… część to właśnie była taka „do pola” no bo po co mi do pola np.10 par starych spodni, które i tak w większości nie były wygodne, część też było takich moich ulubionych, nawet bardzo nowych i nie zniszczonych, te odkładałam dla młodszych kuzynek (bo ja z rozmiaru xs-s wskoczylam na m-l) to było po ciąży, ale przez rok nie mogłam spaść nawet do rozmiaru s, więc szkoda mi było, że modne ubrania się „marnują” w szafie. Teraz to żałuje tej ostatniej decyzji, bo kilka miesięcy po wydaniu ubrań jednak spadłam do tej mojej S… No ale skrzywienie wyrzucania ubrań mi zostało. Teraz pozbywam się m-l.

    • Kurcze! Szkoda tych twoich ubran „s”!!! Na początku gdy zaczęłam oddawać ubrania, robiłam im zdjecia, żeby nie potem sprawdzić czy będę żałować ich oddania. O niektórych zapomniałam, niektórych żałowałam, ale wiesz co mi pomogło? To, że obdarowani naprawdę cieszyli sie z tych ciuchów, naprawdę docenili ten podarek i nosili je częściej, niż ja kiedykolwiek bym je nosiła. Moze i tobie pomoże myśl, ze twoje kuzynki noszą teraz twoje ubrania i się nimi cieszą :) :)