Skip to content

Moja droga do minimalizmu – jak to się zaczęło?

Minimalizmem zaczęłam interesować się, kiedy byłam we Włoszech. W tamtych czasach cały swój dobytek mieściłam w jednej walizce, czułam się wolna i szczęśliwa. Myślę, ze żadna z moich podróży tak na mnie nie wpłynęła, mieszkałam przecież pół roku w Norwegii wiec nie wiem dlaczego akurat pobyt w słonecznej Italii był przełomowy…

Może najbardziej się wtedy zmieniłam? Nie tyko wewnętrznie, ale i zewnętrznie. Przytyłam całkiem sporo, nie miałam siły walczyć z nieidealną szafą i nieidealną mną. To co było na mnie w 2011 tylko „przyciasne” w 2012 było”dużo za ciasne”.

Po powrocie do domu przeraziła mnie ilość posiadanych przedmiotów. Ale nie zrobiłam nic, by zmienić ten stan rzeczy. Przez dwa miesiące pisałam prace magisterską, robiłam badania i coraz bardziej dusiłam się w swoim domu. Czułam, że przedmioty wprost mnie zasypują, że pewnego dnia te wszystkie rzeczy pogrzebią mnie żywcem.

Myślę, że kiełkowała we mnie irytacja. Byłam zła na samą siebie, że pozwoliłam rzeczą zawładnąć moim życiem. Pamiętam, że tydzień po obronie usiadłam w swoim pokoju i pomyślałam co teraz?  Czułam dyskomfort z powodu masy przedmiotów, które miałam, ale to dalej nie był TEN moment.

Nadszedł on trochę później.

Jako, że mieszkałam w domu sporadyczne, oddałam swój pokój mojej młodszej siostrze. Kiedy wróciłam już na stałe, pomieszkiwałam w pokoju gościnnym. Swoje rzeczy miałam w każdej szafie, która była u nas i nie do końca wiedziałam jakich rozmiarów jest mój dobytek. Los jednak był łaskawy: ślub i wyprowadzka mojej siostry zbiega się w czasie z moją przeprowadzką. Po paru miesiącach od powrotu mogłam wiec korzystać z takiego dobrodziejstwa jakim jest własny pokój.

I wtedy właśnie przelała się czara goryczy. Zebrałam wszystkie swoje rzeczy, z całego domu i zobaczyłam, ile tak na prawdę przedmiotów posiadam. Spełnił się mój największy koszmar, bo byłam dosłownie zasypana przedmiotami. Masa książek, starych magazynów, notatek, ciuchów, butów, długopisów i masa, naprawdę masa rzeczy,  które „miały się kiedyś przydać”. Pamiętam, że siedziałam w tym pokoju i nie wiedziałam od czego mam zacząć.

A kiedy nie wiesz od czego zacząć, zacznij od początku!

Poukładałam najpierw wszystko w kupki, ciuchy razem , buty razem, książki razem. I zaczęłam wielkie wyrzucanie. Swoją złość i gniew przekułam w bezlitosny osąd przedmiotów. Zero sentymentów. Wyrzuciłam wszystkie notatki ze studiów, stare sukienki druhen, w które już się nie mieściła, buty, które miałam na sobie jeden raz.

Uwierała mnie ta rozbieżność pomiędzy tym kim jestem, kim się czułam a tym co posiadałam.

Nie byłam idealna, wiele rzeczy nadawało się jeszcze do chodzenia i zostały ze mną do kolejnej tury wyrzucania, choć mogłam je wyrzucić od razu. Wiecie – każdy z nas musi pokonać swojego wewnętrznego chomika :) Tych tur było chyba z pięć. Pierwsza po przeprowadzce- wyrzuciłam wtedy dwa worki ciuchów i cały worek innych przedmiotów.

Tura druga była po paru dniach, kiedy opadły emocje i na trzeźwo przejrzałam wszystko co posiadłam. Mogłam się już swobodnie poruszać się pomiędzy kupkami, ale dalej zmniejszałam ich objętość. Zadawałam sobie wtedy pytanie czy kiedykolwiek miałam to na sobie? Czemu tego nie noszę/ nie używam?

Potem systematycznie wyrzucałam wszystko, co było mi niepotrzebne. Zrobiłam więc jedną turę poświęconą tylko dokumentom i jedną poświęconą szalikom. Ostatnią turę zrobiłam po roku. Może pamiętacie „31 w 31”? W ostatnim miesiącu roku każdego dnia wyrzucałam jeden przedmiot.

Cały czas pracowałam i miałam regularne dochody, wiedziałam jednak, że i tu muszę coś zmienić. Bo kiedy nie umiesz oszczędzać wszystko wydaje ci się za drogie, kupujesz tańsze odpowiedniki i znów zasypujesz się przedmiotami. Zrobiłam to z początkiem 2014 i wyzwaniem „12 Pieces”. Przestałam spełniać swoje zachcianki. Zdziwilibyście się, jak wiele ich mamy w swoim życiu, mówię o takich drobnostkach jak ciastko czy lakier do paznokci. Groszowe sprawy… Na początku było ciężko, miałam niesamowite poczucie krzywdy… Czarne chmury zawisły nad moimi oszczędnościami. Bo jak to? Przecież zapracowałam na te pieniądze, wiec czemu mnie na nic nie stać, czemu muszę sobie odmawiać. Bo choć uważałam się za minimalistkę musiałam przestać nieustannie się nagradzać. Musiałam nauczyć się oszczędzać i przesunąć gratyfikacje w czasie. To było bardzo ciężkie, bardzo.

Przeszłam przez to jak przez odwyk. Odwyk od konsumpcjonizmu. Ale pokonałam nieustanna chęć kupowania, wydawania, gromadzenia. Myślę, ze to był kolejny wielki krok. Ba! Nadal jest, bo zmagam się codziennie z pokusami, ale wierze, ze staje się mocniejsza za każdym razem, kiedy sobie odmawiam. I tak w wieku 27 lat nauczyłam się oszczędzać.

Ostatnio zrobiłam kolejną turę wyrzucania dla butów. Tak, buty to zdecydowanie moja ulubiona część garderoby. Buty dosłownie wchłaniam. Zakładam raz i już więcej o nich nie myślę. Miałam chyba z 70 par butów. Wyrzuciłam 20…  Zrobię o tym osobny post, bo to dość ciekawe doświadczenie. Taka spowiedź kolekcjonera …

Teraz wyrzucam rzeczy, bez których nie wyobrażałam sobie swojego życia jeszcze rok temu. Kiedy emocje opadają, decyzja o pozbyciu się czegoś nabiera „mocy prawnej”, więc robię to bez żalu. Nie jest to ani ciężkie ani bardzo kłopotliwe. Stało się naturalne.

Teraz potrafię spakować się w godzinę, wstaję rano i wiem co założę, idę do sklepu i wychodzę tylko z jedna rzeczą. Moje życie stało się prostsze, ale nie w negatywnym znaczeniu. Oddycham pełną piersią, czuję się jakbym obudziła się z długiego snu. Snu osoby, która w dzień wypłaty zaczynała od listy zakupów : ” W tym miesiącu muszę kupić”. Nic nie „muszę” już kupić, nie czuję nacisku nie czuje potrzeby. Otworzyłam oczy na siebie i swoje pragnienia.

Czego JA potrzebuje? Okazuje się, ze nie wiele- pogodziłam się ze sobą. Jestem jaka jestem, nie muszę nikomu nic udowadniać. Śmiać mi się chce jak wiele zmieniła uporządkowana szafa. Bo zaczęło się od szafy, a przeszło spokojną falą na wszystkie dziedziny życia.

Dalej widzę wokół siebie bardzo dużo przedmiotów, których mogę się pozbyć: parę ubrań, których nie mam serca wyrzucić, trochę książek, z których wyrosłam, stare płyty nagromadzone przez lata… ale nie pozbywam się ich na siłę. Grunt to dojrzeć do tej decyzji, nawet jeśli dojrzewasz powoli. Wcześniej czy później to się stanie, a nie ma nic gorszego niż poczucie straty.

Na dzień dzisiejszy mogę powiedzieć : niczego nie żałuje, a to dzięki temu ze dałam sobie czas. Wszystko wymaga czasu.

Więc nie martwcie się moi minimaliści: Nie od razy Rzym zbudowano i ja też nie od razu stałam się minimalistką.

Pozdrawiam

-Natalia

Bloglovin Instagram Facebook



  • Mój minimalizm zaczął się od toksycznego związku i rozstania. Genetyczne i środowiskowo jestem zaprogramowana na chomikowanie. Wszystkie kobiety w mojej rodzinie mają problem z gromadzeniem i bałaganem. Ja troszkę się wyłamałam z tego schematu, bo gromadziłam tylko książki. Miałam ich sporo, większość nie przeczytanych. Wracając do związku…Chciałam się rozstać, a facet nie mógł się z tym pogodzić i myślał , że złamie mnie szantażem „jeśli chcesz się rozstać, to wynoś się natychmiast”. No to go zaskoczyłam i wyniosłam się z dwiema walizkami, do których włożyłam tylko najlepsze lub ulubione ciuchy, dokumenty oraz kilka książek. Gdy zamknęły się za mną drzwi autobusu poczułam niesamowitą ulgę, że wreszcie jestem wolna od toksycznego związku. Okazało się, że tej masy rzeczy, której nie zabrałam, wcale mi nie brakuje. Nawet nie pamiętam, co tam było. Czasem tylko przypominam sobie o jakiejś książce, której już nie można kupić i trochę mi żal, ale tylko trochę :-)))) Od tej pory bardzo dbam o to, żeby nie gromadzić. Troszkę z pragmatyzmu a troszkę ze strachu. Od tamtego czasu zmieniałam mieszkania 5 razy i każda przeprowadzka wiązała i z kosztami i z praca przy pakowaniu i dźwiganiu. A dodatkowo marzy mi się taka sytuacja, żeby w razie czego znów móc się spakować w 2 walizki i bez żalu za rzeczami po prostu wyjść. dlatego tez staram się do przedmiotów nie przywiązywać.

    Obecnie mam więcej rzeczy niż zmieściłoby się w 2 walizkach 😉 Ale staram się nie gromadzić i kupować rozsądnie. No dobra, przyznam się szczerze: moje chomikowanie książkowe zamieniło się w kosmetyczne, z czym najtrudniej mi walczyć. Przerobiłam już włosomaniactwo i masę produktów do włosów. Przeszło mi po 2 latach, teraz mam tylko po 3 szampony i 3 odżywki 😉 Ale zaczęłam się malować i kosmetyczka zapełniła się kolorówką :-(((((

    • Kochana! Dziękuje Ci za tak wspaniałą i inspirującą opowieść! Widać każdy ma inną drogę, ale najważniejsze to zdać sobie sprawę kiedy powiedzieć dość. Widzisz, każda z nas miała inny impuls :) U ciebie był bardziej nagły, brutalny – musiałaś powiedzieć sobie teraz albo nigdy. Za to bardzo, bardzo Cię podziwiam! W nas polakach chyba jest taka wrodzona wręcz skłonność do gromadzenia. Przy wyrzucaniu każdej rzeczy mam wiele wątpliwości, ale po miesiącu już nie pamiętam co to było. Śmieszne prawda? I doskonale rozumiem twoje włosomaniactwo czy zamiłowanie do gromadzenia kosmetyków. Kobiety maja dużo ciężej niż faceci: mamy kosmetyki, książki, ubrania, buty i torebki. Wiec nic dziwnego w tym, że wszyscy czołowi minimaliści to mężczyźni. Facet wyrzuci dwie pary butów i trzy koszule i już mówi o sobie „minimalista”- kobieta ma dużo więcej pokus bo społeczeństwo o wiele więcej od niej oczekuje. Mamy być idealne, wyglądać perfekcyjnie – niestety nie należę do tych osób, które spryskają się wodą, uczeszą włosy i od wszystkich słyszą komplementy. Oj nie, nie nie ! tez mam masę kosmetyków (masa to za dużo powiedziane) ale sporo, bez których nie wyobrażam sobie życia. Może spróbuj wykorzystywać to co już masz zanim kupisz kolejne? O akcji „DEENKO” na pewno słyszałaś :- ) U mnie się sprawdza, choć nie zawsze n.p. kupiłam ostatnio podkład w złym kolorze wiec musiałam kupić kolejny : – ) oj, słaba ze mnie mentorka, ale może cie trochę zmotywuje :) Pozdrawiam -Natalia

  • Pingback: Finanse: człowiek uczy się na błędach | Minimalnat()