Skip to content

Finanse: Jak oszczędzam pieniądze?

Nowy rok i poświąteczny kac konsumpcyjny to świetna okazja, by zastanowić się, jak unormować swoje finanse na nadchodzące 12 miesięcy (tak, wiem że mamy już luty). Jesteś przesycony zakupami, obsypany prezentami wiec myślę, że to świetny czas na post.  Ja tak zrobiłam dwa lata temu, choć dalej męczę się z pokusami, jestem coraz bliżej ideału.

blg

1. Magiczna puszka z pięciozłotówkami.

Tu zasada jest prosta, do puszki wrzucam każda piątkę, która znajdzie się w moim portfelu. Pomysł podsunęła mi moja siostra i sama też zaczęłam zbierać monety. Jestem na razie na etapie wypełniania pierwszej puszki wiec nie wiem, ile uda mi się uzbierać. Musiałam zainwestować w odpowiednio zabezpieczone opakowanie, bo cały czas podbierałam piątki na parking, bilety MPK, czy inne błahostki. Wiec, mimo iż zbieram od września uskładałam tylko 100 zł. Celem jest jakaś absurdalnie drogą torebka albo coś, co będzie mi totalnie niepotrzebne. Myślałam jeszcze o wczasach all inclusive, bo jestem ciekawa jak to wygląda. Mi zawsze żal jest pieniędzy i wolę jechać na wakacje organizowane przez siebie samą. Zobaczymy…

Dałam sobie rok.

 

2. 10% na bliską przyszłość.

W dniu wypłaty wielką przyjemność sprawia mi odliczanie dziesięciu procent i przelewanie ich na konto oszczędnościowe. Mam dwa konta. Na pierwszym z nich odkładam na większe wydatki, które pojawią się w tym roku. Jest dość nisko oprocentowane, ze stałym dostępem do środków. W roku 2015 przeznaczam je na podróż do Maroka, ślub mojej siostry, bilety na koncert, prezenty urodzinowe, świąteczne oraz polisę ubezpieczeniową mojego samochodu. To przeważnie rzeczy, które są już z góry zaplanowane, wiem, kiedy się wydarzą i ile będą kosztować. Wiadomo, czasami te wydatki następują miesiąc po miesiącu, wiec może nie uda mi się odłożyć jakiś ogromnych kwot. Ważny jest dla mnie sam fakt tego, że są nieuchronne i że mam już cokolwiek odłożone na ich pokrycie. To ta świadomość właśnie często zatrzymuje moją rękę, kiedy sięgam po portfel.

 

3. 10% na wszelki wypadek, czyli budujemy swój Fundusz Bezpieczeństwa.

Drugie konto, oprocentowane trochę wyżej niż to pierwsze, jest przeznaczone na Fundusz Bezpieczeństwa. Co to takiego? To kwota, która jest ci w stanie zapewnić bezpieczeństwo w wypadku straty pracy, nagłej usterki samochodu, czy kłopotów zdrowotnych. To wielokrotność twoich miesięczny wydatków na utrzymanie. Mój Fundusz nie miesza się z oszczędnościami zgromadzonymi na pierwszym koncie. To rzecz święta, najświętsza! Jest do użytku tylko w sytuacjach kryzysowych, nagłych, kiedy wydatków nie jestem w stanie pokryć z mojej pensji.

Gdyby zepsuł mi się samochód i naprawa wynosiłaby 2 tysiące złotych skorzystałabym z Fundusz Bezpieczeństwa. Ale, kiedy coś mi piszczy w kole i okazuje się, że muszę wymienić klocki potrącam to z moich miesięcznych dochodów i po prostu żyję skromniej. Nie jest to usterka wymagająca natychmiastowej interwencji, ale też nie jest to rzecz, którą mogę bagatelizować. Kolejny przykład to sytuacja, która miała miejsce w grudniu. Złamał mi się ząb, a jego „naprawa” kosztowała 300 zł. Sięgnęłam więc po Fundusz Bezpieczeństwa, kamień nazębny czyściłam już za pieniądze z wypłaty. Widzicie różnice?

Fundusz przeznaczony jest na nagłe potrzeby, nie na nagłe zachcianki. :) Moim celem jest zgromadzenie trzykrotności moich dochodów, co pozwoli mi spokojnie utrzymać się przez pół roku.

O Funduszu Bezpieczeństwa możecie przeczytać TU i TU.

 

4. Kilka procent na wszelki wypadek

Ostatni sposób oszczędzania zaoferował mi bank. Włączyłam na swojej karcie usługę dzięki , której bank potrąca mi kilka procent od każdej transakcji przeprowadzonej kartą. Traktuje te pieniądze jako dodatkowy sposób „zarabiania na samej sobie”. To taka premia :)  Co jakiś czas przelewam zgromadzone tam środki na jedno z kont oszczędnościowych.

 

A jak wy oszczędzacie? Macie z tym problem, czy przychodzi wam to z łatwością?

Bloglovin Instagram Facebook



  • Też ostatnio pisałam o oszczędzaniu i widzę, że zorganizowałaś to podobnie jak ja :) Juhu jednak są jeszcze jacyś rozsądni ludzie na tym świecie! Nie uwierzysz, ale większość moich znajomych nie ma nawet otwartych kont w banku, a pieniądze trzymają chyba w skarpetkach. Nie potrafiłabym.

    • Hej Zielona Owco. Muszę wiec koniecznie zajrzeć na Twojego bloga. Nie wiedziałam nawet ze takiego prowadzisz :) Ty byś nawet nie uwierzyła ilu moich znajomych w wieku 28 lat nie ma już zdolności kredytowej. I to jest przerażające, że kredyty te zostały zaciągnięte nie na mieszkanie czy samochód ale na nowy telefon, kolejną wycieczkę czy najnowszy model komputera. Nieposiadanie konta w banku nie jest dla mnie tak szokujące- w tym szaleństwie jest metoda- wiedzą ile pieniędzy mają na prawdę :)

  • Agnieszka

    Ja mam taki sposób: żadnych kredytów. No dobra, czasami trzeba wziąć, gdy jest jakaś masakra, ale kredyt na tzw. święta to gruba przesada.

    • Też myślę, że zasada zero kredytów to najlepsze podejście. Nauczyłam sie tego na przykładzie mojej karty kredytowej – z której dzięki Bogu zrezygnowałam. Z drugiej strony jednak też nie mogę powiedzieć, że nie biorę kredytów w ogóle – Swój wzięłam na samochód i myślę, że wydatki tego typu są usprawiedliwione.

  • Pingback: Finanse: człowiek uczy się na błędach | Minimalnat()

  • bardzo fajny post. Ja mam troszkę inną metodę oszczędzania, ale tez się sprawdza. Co miesiąc obliczam ile mam stałych wydatków – rachunki, kredyt, paliwo, leki, zakupy, zaplanowany dentysta, miesięczne „kieszonkowe” na kino, teatr etc. To co wiem, że mi powinno zostać (minus jakiś bufor różnic który doliczam do wydatków stałych) to przelewam na podkonto, które mam oprocentowane, z możliwością wypłaty w każdej chwili. Tutaj też przelewam wszystkie dodatkowe fundusze, które zarabiam w miedzyczasie – czyli to co ponad pensję. Traktuje je jako podkonto na którym odkładam na marzenia i inne wydatki, a jednocześnie w razie „w” skarbonkę na nieplanowany, nagły wydatek. Czyli takie troszkę połączenie Twoich dwóch podkont.

  • Pingback: 10 najpopularniejszych wpisów w 2015 | Minimalnat()